wtorek, 5 lipca 2016

#22

Na podłodze obok mojego krzesła stoi ogromny plecak spakowany na dziesięć dni podróżniczo - festiwalowego życia.
W portfelu mam bilet na pociąg, dzięki któremu dotrę ponad czterysta kilometrów od mojego domu.
W torbie mam też bilet (a nawet dwa!) na jeden z festiwali, na którym w tym roku będę miała przyjemność być.
W głowie mam niesamowity spokój. Wolność.

Bo mogę.
Bo mi się należy.
Bo zasłużyłam.
Bo po pięciu latach studiowania (w tym dwóch porażkowych latach, ale to mało ważne i trzech, które były dość sporym sukcesem - jak na mnie) w końcu udało mi się skończyć te studia.
Nie dość, że udało się je skończyć to jeszcze z oceną bardzo dobrą na dyplomie.
Trochę niedowierzam. Że to już po wszystkim. Że się, cholera, udało.
Największą satysfakcję sprawia mi to, że te skończone studia to ogromny środkowy palec wymierzony w kierunku tych, którzy nie wierzyli, że to mi się uda. I w moją stronę jednak trochę też. Ale tylko trochę.

Pomyślałam, że skoro tyle sukcesów mi się przypadkiem odniosło w ostatnim krótkim czasie to może próba napisania posta też sukcesem się zakończy. Cóż... zobaczymy. Miałam zrobić to już dawno temu, no ale... życie stanęło mi na drodze.

Wiesz, mam teraz dziwny stan umysłu. Mam wrażenie, że śnię bo ciężko mi ogarnąć fakt nicniemusienia. Piękny stan. Mogę tak wiele, ale nic jeszcze nie jest jakąś ogromną koniecznością.
Mogę położyć się spać po wschodzie słońca i nie muszę wstawać o szóstej rano żeby zdążyć na zajęcia o ósmej (bo PKP ma taki piękny rozkład jazdy).
Mogę się doprowadzić do stanu nieużywalności i nie muszę przejmować się tym, że następnego dnia mam ogrom do materiału do opracowania i nauczenia się i przydałoby się na tym porządnie skupić.
Mogę jechać na drugi koniec Polski tak po prostu, bo mam taką zachciankę, bo mi się nudzi, bo chcę i już i nie muszę martwić się tym, że nie mam jak wrócić do domu i mogę nie zdążyć na czas.
Mogę tak wiele. Nie muszę nic. Jeszcze.
Jeszcze bo dorosłość, obowiązki i samodzielne życie tak nieśmiało wychylają głowy zza rogu, lekko grożą palcami bo wiedzą, że niedługo mnie dopadną. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie.

Wakacje dla mnie to bardzo... magiczny czas. Jak dla wielu ludzi.
Wakacje to czas kiedy drobne rzeczy doceniam bardziej. Takie, które w ciągu pozostałego czasu nie sprawiają aż tak ogromnej radości.
Wschody słońca cieszą trochę bardziej.
Rozmowy do rana cieszą trochę bardziej.
Obecność drugiego człowieka cieszy trochę bardziej.
Uśmiechy cieszą trochę bardziej.
Wszystko nie tylko cieszy bardziej, ale też... jest trochę bardziej.
Największym problemem w tej chwili dla mnie jest to, że nie wiem, którą książkę zabrać ze sobą. To jest dopiero poważny i życiowy problem, co nie? Może i nie, ale za to - jaki piękny to problem!

Już sobie wyobrażam i przytupuję nogą z niecierpliwości na to, jak usiądę sobie na krawężniku na Najpiękniejszym Festiwalu Świata i spokojnie popijając piwo będę obserwować ludzi. Te wszystkie tak bardzo różne od siebie istoty. Ktoś podejdzie i poprosi o podzielenie się tym piwem. Ktoś inny poczęstuje ciastkiem. Ktoś przybije piątkę. Ktoś usiądzie obok mnie i opowie swoją historię tak po prostu. Bo może.
I już nie mogę się doczekać tych wszystkich przytuleń (kilka na pewno zapamiętam na długo), tego ładunku radości, tych wzruszeń i muzycznych emocji, które czekają mnie w najbliższym czasie.  Już nie mogę się doczekać kiedy zobaczę te wszystkie znajome twarze, za którymi się stęskniłam i te, które dopiero poznam. Już nie mogę się doczekać tego ogromnego, ale jakże szczęśliwego zmęczenia!
Pięknie jest, proszę państwa, pięknie!


I jak tu podsumować?
Bądźcie szczęśliwi w te wakacje tak jak ja.
A nawet bardziej.



i jakby chciał ktoś ze mną wypić piwo, zapalić lub po prostu porozmawiać w Jarocinie albo na Woodstocku to ja bardzo chętnie! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Kredka pisze. , Blogger