sobota, 14 maja 2016

#19

Czeka mnie długa i mam nadzieję w miarę twórcza noc (eh, studia...) więc na rozgrzewkę - nowy post. Tak do kawy i ciastka. Tak do dobrej muzyki i pięknego zapachu świeżo skoszonej trawy zmieszanego z zapachem zerwanych kilka minut temu konwalii (dwa najpiękniejsze zapachy - tak "baj de łej"). Tak po prostu.

Już miałam napisane pół posta, kiedy stwierdziłam, że jednak chcę napisać o czym innym. Miało być o przywiązaniu moim do ludzi, rzeczy, miejsc i co dziwne - do emocji. Ale będzie o przyjemnościach. O drobnych rzeczach, gestach i słowach, które ogromnie poprawiają mi samopoczucie.

Najważniejszą rolę w tym wszystkim odgrywają jednak ludzie. Jestem chyba trochę typem samotnika, albo po prostu tak bardzo nieśmiałą istotą, która z tej nieśmiałości najlepiej czuje się w swoim towarzystwie. Chociaż ludzi uwielbiam.
Jest dużo powodów. Mam też dużo wspomnień, które wywołują uśmiech, mimo że tak naprawdę nic takiego się wtedy nie działo.
Na (pierwszy) przykład... kilka lat temu na festiwalu, o którym pisałam dość niedawno, uparłam się, że chcę obejrzeć wschód słońca. I tak się przenosiłam z jednego miejsca na drugie by jakoś do tej czwartej rano dotrwać i nie zasnąć. Trochę pożartowałam z panami ratownikami, trochę przysnęło mi się gdzieś na trawie, ale ogólnie - było dobrze. I jak już obejrzałam ten wschód słońca to chciałam iść spać, ale po drodze trafiłam na jedną z moich ulubionych osób. I tak razem postanowiłyśmy, że po co spać? Trzeba zwiedzać. Takim sposobem wylądowałyśmy w środku średniowiecznego (?) pałacu, w tak zwanej Art Katedrze. Klimat o tej porze niesamowity... Trochę chłodno, prawie pusto i prawie cicho. Prawie bo w jednej części leżeli na ziemi ludzie i przyglądali się grze świateł wydobywanych z jakiegoś dziwnego urządzenia. Wyglądało to jak galaktyki gwiazd na ścianach tego budynku. Żeby było jeszcze lepiej - była też i muzyka. Dwóch chłopaków grało na metalowej misie i klarnecie. Położyłyśmy się obok tych ludzi i było tak... spokojnie, tak kojąco, że przeleżałyśmy kilka godzin, nic nie robiąc, ale to było bardzo magiczne nic nie robienie. Gdy tak to piszę to nie czuć tego, co wtedy każdy czuł. Tej podniosłości. Właśnie tego niesamowitego spokoju, gdy leżysz na ziemi w budynku, które ma kilkaset lat, wśród całkiem obcych ludzi, ale mimo ich obcości, masz pewność, że wszyscy odczuwacie to samo. Czuć tą... więź. W takich momentach utwierdzam się w przekonaniu, że magia naprawdę istnieje.
Uwielbiam gdy jadę gdzieś - nieważne, czy na koncert, czy tak po prostu - bo mogę, ale między innymi po to by z kimś się spotkać. Ten moment, kiedy docieram już do celu i nie możemy się znaleźć bo dużo ludzi, bo odległość za daleka. A potem się odnajdujemy... Najpierw uśmiechają się oczy, zaczynają też lekko błyszczeć. Potem uśmiechają się usta. A na końcu uśmiecha się dusza. I przyspieszamy kroku żeby znaleźć się szybciej bliżej, żeby ta odległość między nami wynosiła kilkanaście centymetrów tylko po to, by potem uściskać się z całych sił, sprawdzić kto potrafi mocniej. Albo - jeśli to jest ktoś inny - tak po prostu przytulić na przywitanie. Przytulanie jest najlepsze! Uśmiechnąć się, zapytać "jak leci?, wszystko okej?" bo przecież tak dawno się nie widzieliśmy.
Ogólnie - uwielbiam ludzi. Uwielbiam rozmawiać z kimś - tak naprawdę o niczym - do późnych godzin nocnych, wczesnych porannych. Uwielbiam gdy patrzę na kogoś i oboje wiemy, że w tej właśnie chwili pomyśleliśmy dokładnie o tym samym. Uwielbiam się z kimś gubić i przypadkiem odnajdywać całkiem urocze miejsca. Uwielbiam wypijać razem - nawet nie wiem które - piwo i śmiać się z kompletnie nieśmiesznych rzeczy. Uwielbiam słyszeć "dobrze, że jesteś", "fajnie cię widzieć" z ust osób, do których czuję to samo.
Uwielbiam dzielić te drobne radości. Momenty. Miejsca. Powtórzę więc - ludzie są fajni. Najlepsi.

Są też inne rzeczy niematerialne, które sprawiają, że uśmiecha mi się nawet śledziona i lewe płuco. Prawe w sumie też. No dobra, uśmiechają mi się wszystkie narządy wewnętrzne.
Wschody słońca latem. Szczególnie oglądane z namiotu. Albo nad morzem. Albo gdziekolwiek. Nieważne - z kimś czy w samotności, wschody słońca latem to najlepsze co może być. Kiedy dopiero zaczyna się robić ciepło, a ja mam na sobie swój ukochany za duży sweter. Nie ma chyba nic lepszego.
Zapach świeżo skoszonej trawy. Zapach deszczu i ten spokój przed burzą. Cholera, lato samo w sobie uwielbiam. Z jego nieprzewidywalnością. Kiedy moknę w deszczu, a i tak nie jest mi zimno. Z każdej strony jest zielono. Zieleń jest dobra. Kiedy mogę na bosaka pójść na ogród i zjadać przed chwilą zerwane truskawki. Kiedy późno zasypiam, ale budzę się niezwykle - jak na mnie - wcześnie. Co do budzenia jeszcze... uwielbiam kiedy od razu po przebudzeniu mam pewność, że czeka mnie dobry dzień. Czuję motywację i chęć do działania.
Pisanie. Chociaż to pewnie nikogo nie dziwi... Lubię pisać. Lubię sprzątać ten w sposób bałagan w swojej głowie i to mi naprawdę pomaga. Może daleko mi do tego, żeby zrobić w tym kierunku jakąś karierę, ale dobrze jest tak po prostu... pisać.
Sztuka (choć to co prawda materialne) - nieważne czy malarstwo, rzeźba, literatura, czy muzyka albo filmy. Wszystko to odgrywa ważną rolę w moim życiu bo - choć nie jestem w żadnej z tych dziedzin zbytnio utalentowana - to potrafię ją docenić. Potrafię się zachwycić i bardzo często zakochać.

 Ten moment, gdy to, na co czekałam bardzo długo, w końcu się spełnia. Albo gdy po nocy spędzonej w jakimś dziwnym miejscu, wracam w końcu do domu i do swojego łóżka. Kiedy to, co wcześniej wydawało się mi być totalną porażką, okazuje się być jednak jakimś sukcesem.
Nowe miejsca. Nowi ludzie. Nowe doświadczenia i doznania... mogłabym długo wymieniać ważne dla mnie momenty... ale to na pewno zajęłoby mi kilka dni. Albo co najmniej kilka godzin. Bo tych "rzeczy" ciągle przybywa. I to jest najfajniejsze - że im starsza jestem, tym ich coraz więcej. I chyba to sprawia, że życie jest czasami nie tylko znośne, ale po prostu wspaniałe. Cudne. I tym też często w życiu się kieruję. Wydaje mi się, że nie chodzi w tym wszystkim o to, by unikać smutku, ale o to, by dobrych chwil było jednak więcej niż tych złych, albo żeby były one... intensywniejsze.
Nie da się uniknąć... "zła" psychicznego. Nieważne jak bardzo będę się starać - nie uda się. Ale chyba zamiast starać się tego za wszelką unikać powinnam skupić się na tym, by jak najczęściej doświadczać jego przeciwieństwa, żeby jak najwięcej "dobra" mieć w życiu.


I znów nie wiem, czy cały ten post ma jakiś sens. Ale... to chyba nie ma znaczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Kredka pisze. , Blogger